czwartek, 8 grudnia 2016

~Efekt nudy i... sama nwm

~Carmel~

Ten dzień zostanie w mej pamięci na zawsze. To jest mój czas! Bitwa ostateczna. Ostatnie cięcia ostrza na skórze. Czuję się jak Frisk z Undertale... nie chcę... po raz pierwszy... nie chcę go zabić. (No musiałam nooo XDDD) Nie! Słabość i miłość to złe doradczynie, poprowadzą mnie na zgubną ścieżkę chaosu! Żadnych uczuć! Tylko niszczą mnie od środka, ale... czy tak się da?  Prowadząc ten wewnętrzny monolog zacisnęłam swe piąstki w całość. Nie! Nie jestem słaba! Jestem gotowa. Mą twarz wykrzywił grymas uśmiechu, tego dobrze znanego psychicznego wyszczerzu odziedziczonego po ojcu i reszcie mej dumnej rodzinki. Przepełnia mnie determinacja! Gdy sięgnęłam po rączkę ostrza usłyszałam za sobą głos Blue.
-Jesteś gotowa....- Pokiwałam twierdząco. Za paskiem spódniczki umieściłam ostrze. Wbrew protestom dziewczyn we włosy włożyłam specjalne Japońskie pałeczki. Wyglądają jak ozdoba do włosów, ale naprawdę są to ostre szpikulce. Dostałam je od Cioci Viol... sama często z takich korzysta, ale nie jestem pewna czy dlatego że je lubi czy dlatego że... jest przygotowana na wszystko.Po prawdzie stawiam na tę druga opcję. Nie dziwię się jej. To idealna broń i łatwo ją ukryć przed ciekawskim wzrokiem innych.
-Adieu!-Wykrzyknęłam pierwsze lepsze pożegnanie które mi na myśl przyszło po czym powolnym krokiem ruszyłam na dziedziniec. Krew buzowała we mnie niczym lawa w wulkanie, a może to adrenalina czy zwyczajne podniecenie nadchodzącą utarczką? Nawet jak będę ciągle umierać to będę się odradzać i walczyć! Do ostatniej szkarłatnej kropli w mych żyłach! Oparłam się o ścinę budynku i czekałam.... Proszę.... nie przychodź... Wołała moja podświadomość. Czemu? To nie możliwe by mi na nim zależało więc pytam się czemu! Nie ważne... za późno na przeprosiny.... Jeśli będzie trzeba zabiję wszystkich... zabiję by się uwolnić z tego wiecznego koszmaru....(Czy tylko mi się to wszystko kojarzy z UNDERTALE???)

~Michael~

Nie dam rady-pomyślałem patrząc na nią zza rogu. Zdecydowana z twarzyczką podniesioną ku niebu i oczekującą na ostateczność. Jakby przywoływała księżyc by był sędzią w tej utarczce i wydał sprawiedliwy osąd pogrążając jedno z nas w wiecznym mroku śmierci. Jej włosy błyszczały w jego promieniach które odbijały się od bieli i oplatały małymi kryształkami, wyglądała jak młoda  bogini która porzuciła niebo i zstąpiła na ziemię. Przekręciłem głowę i zwinąłem dłoń w pięść. Musze to zrobić... choćbym nie wiem jak nie chciał. To mój cel... Wysunąłem się z cienia. Jej wzrok padł od razu na mnie.
-Nareszcie...-Oznajmiła głucho. Nikły uśmiech wpłynął na mą twarz dając jej złudne poczucie mojej zawziętości i gotowości do celu.-Co to za uśmieszek panie poważny?-Zapytała.
-Tak jakoś... wyobraziłem sobie koniec.-Parsknęła śmiechem.
-Rozumiem. Faktycznie....-Podniosłem jedną brew ku górze.- To równanie jest banalne.... Ty + Nóż + Krew.... No i "Bad end night".-Rzuciła pierwsze co miała na myśli, i to w niej lubię... podziwiam jej bezpośredniość. Nie pozostało mi nic innego jak się zaśmiać z kwestii która wypłynęła z ustek białowłosej, śmiech jednak znikł wraz z wybiciem sądnej godziny.
-Wiesz...? Będę tęsknić za tego typu kwestiami  z twych ust.
-Wiem... bo nie usłyszysz, ani nie odpowiesz. Martwi nie słuchają i nie mówią...
Dziewczyna w mgnieniu oka wyjęła zza pleców nóż, robiąc nim zamach. Od razu dało się zauważyć substancję na nożu. Kurara, albo inne gówno (no musiałam). Usunąłem się z drogi cięcia. Eh, zatem byle nie dać się drasnąć. Podbiłem jej rękę, i podciąłem dziewczynę, by zwaliła się na ziemię. Po czym nadepnąłem na jej nadgarstek, starając się zmusić ją do puszczenia noża. Tak jak myślałem, nie puściła go. Zamiast tego zachichotała donośnie. Spojrzałem na nią niepewnie, ta tylko uśmiechnęła się szeroko. Jednak wraz z nasileniem nacisku na jej nadgarstek, uśmieszek znikał. Mogłem ją zabić, właśnie w tym momencie! Ale, to wydało się zwyczajnie zbyt proste. Gdzie do cholery tkwił haczyk?
-Przepraszam, ale ja tu czekam-odezwała się.
 Gdy nie otrzymała odpowiedzi, westchnęła ciężko. Białowłosa przełożyła nóż do drugiej ręki, po czym wbiła go w ziemię, tuż obok mojej nogi. Zrobiłem krok do tyłu, nie wiem czemu, może to przez nerwy. Dziewczyna podniosła się z ziemi, cały czas unikała mojego spojrzenia. Wyjąłem z kieszeni scyzoryk, inna broń nie zmieniła by zbyt wiele. Wszystko przedłużałem, oczywiście celowo. Im dłużej była blisko, im dłużej słyszałem jej oddech i czułem zapach jej słodkiej krwi, tym lepiej. Teraz tak sobie myślę: za co ona chce mnie zabić? Nie zrobiłem jej aż takiej krzywdy, poniosło mnie, ale mogło się to wszystko gorzej skończyć. Cóż, dzierżyłem dalej maskę, kryjąc za nią emocje które czułem. Ale w tych warunkach, w tym świecie, lepiej grać idiotę. Machałem ostrzem scyzoryka na ślepo, jeden jak i drugi wynik mi nie odpowiadał. Ale czy teraz mam coś do gadania? Wątpię... Przymrużyłem oczy, dalej machając bronią. Taka krwawa wyliczanka, mojego autorstwa. Poczułem siłę która przewaliła mnie na ziemię, coś na mnie leżało. Otworzyłem oczy. Początkowo obraz był rozmazany, jednak po kilku sekundach mogłem ją dostrzec. Carmel leżała na mnie, ściskała mnie z całej siły, przynajmniej tak sądziłem po wyrazie jej twarzyczki. Kiedy zauważyła że już leżę, podniosła się do pozycji siedzącej. No, jeśli mam już zginąć... To dziękuję, że ostatnim co zobaczę, to ten widok, ta perspektywa...  Widok bardziej podniecający niż ten znany mi sprzed kilku lat, i to miałem stracić? Walcie się bogowie! Olać to co się stało, to ja wygram. Dziewczyna odgarnęła włosy z jej twarzy i pochyliła się nade mną. Patrzeliśmy sobie w oczy, co jest nieprawdopodobne przy tej dziewczynie. Dziewczynie, która zawsze miała problemy z patrzeniu komuś w oczy. Chciałem się podnieść, ale przycisnęła mnie do ziemi. W końcu znalazła się niebezpiecznie blisko, tak blisko że nasze usta złączyły się w namiętnym pocałunku. Nie wiedziałem, to ona, czy ja? Kiedy chciałem ją odepchnąć od siebie, zaprotestowała. W końcu sama przerwała pocałunek. Spojrzała gdzieś w niebo, jakby ktoś z góry miał jej pomóc w dobraniu odpowiednich słów.
- Poddajesz się?- Powiedziała drżącym głosem.
Teraz zauważyłem cięcie na jej brzuchu, krwawiła. Szkarłatna ciesz skapywała na mnie.
- Czy ty zawsze musisz tak kokietować?- podniosłem się, zrzucając ją.- Poddaje się.
Carmel kiwnęła główką, wstała i powoli skierowała kroki w stronę szkoły. Zostałem sam. Jednak, mogła mnie zabić.  ( sry za wszystko, dalej mam zjebany system po pewnym hentaiu T^T )




piątek, 1 lipca 2016

"My? Czy to to twoje kolejne słodkie kłamstwo?!" ~Idę się przewietrzyć...~


"Nie ma nic silniejszego 
od ludzkiego serca,
które pęka tysiąc razy....
ale nadal bije"

~Vinc~
Cisza. Rozbrajająca jak na gmach pizzerii. I zaskakująca. Ale bardziej zaskakujące jest to że jedynymi głośnymi na tyle by zauważyć ich obecność dźwiękami były...  kroki. Kroki moje, Scotta i jego dziewczyny a jednej z mych bliźniaczych podobizn innej płci, Kariny. Jej kunsztowne buty wyglądające bardziej na przyszykowanie do  wojny niż na urodziny obijały się małymi koturnami i swym czarnym aksamitnym materiałem o podłogę. Fiołkowe włosy przy ostrzone miedzianymi pasmami związała swawolnie w kitkę u boku. Duże barwione bzem oczęta podkreśliła wyraźną kreską tuszu do rzęs. Nie robiła maślanych oczek jak to większość istot jej pokroju ma w zwyczaju. Przeciwnie! Nie radzę jej nawet o to posądzać. Kari i jakiekolwiek okazywanie publiczne miłości nie chodzi w parze... na chyba że chce wprowadzić szatyna w zakłopotanie co bywa jej pasją. 
-A więc Scott...-Zwróciłem się w kierunku swego najlepszego przyjaciela od czasów dziecięcych.- Powiedz mi łaskawie... skąd ten IŚCIE GENIALNY pomysł by urządzić urodziny w tym piekle? W psychiatryku miejsc zabrakło?-Moja cięta riposta zdawała się nie wywierać na niego wpływ. Ale... to tylko pozory. Przyznam że obecność tej parki wprawiała mnie w zakłopotanie, pary. Pf... kto to wymyślił? 
-No... bo Kari ma dziś zmianę a bez niej nie było by imprezy....
-Taaa... chyba dla ciebie. Ja mam ją na co dzień w nadmiarze! -Bliźniaczka przeszyła nie tym naszym charakterystycznym wzrokiem mordercy. Jakoś mnie to nie zaskoczyło. Przewróciłem oczyma gdy ta "żartobliwie" pchnęła mnie w ramię. Zapewne gdyby tu Scotta nie było to pewnie już byśmy się pobili. Przejechałem językiem po rozcięciu na wardze które mi ostatnio zafundowała. Pomyśleć że ona skończyła tylko z guzem na obitej bzowej główce. Bywa. Raz się wygrywa, a raz przegrywa. 
-Morda.-Oznajmiła.
-Zawrzyj te...-Nim cokolwiek powiedziałem obraźliwego do siostry Scott nas rozdzielił.
-Serio? Na dwie minuty was razem zostawić a wy rozsadzicie pizzerię?-Wymieniłem z siostrą porozumiewawcze spojrzenia. Po czym równocześnie oznajmiliśmy szatynowi.
-Nie taki zły pomysł!-Strzelił facepalma.
-Może jeszcze siostrę wkręcicie?-Zapytał ironicznie.
-No raczej!-Odpowiedziała Kari.-Bez Viol ani rusz!- Ten tylko westchnął przeciągle i spojrzał to na mnie to na nią, ale na niej wzrok zawiesił dłużej. Pff... zakochani.
-Gołąbki... lećcie na inny pomnik.-Oznajmiłem z bezczelnym uśmieszkiem. Czarnowłosy się zarumienił a moja kochana siostra syknęła jadowicie.
-Pieprz się.-Taaa... Kultura mowy.... pogratulować Kari.
-Jasne! A z kim?- Dziewczyn zrobiła wielkie oczy po czym strzeliła facepalma. Jeny.. jak ja lubię strzelać idiotę. I lubię patrzeć jak ludzie trudzą się wytrzymując ze mną. Tak takie.... zabawne. Szkoda że nie widzą własnych reakcji na mą osobę.  Dziewczyna nadepnęła na moją nogę. 
-Lecz się na nogi bo na głowę już za późno....
-Dowaliłaś jak żydem do pieca...
-Możecie już skończyć?-Zapytał zirytowany Scott.
-Jasne.-Kolejny bezczelny uśmieszek.-Ale tylko dla ciebie w ramach dnia dobroci dla zwierząt. Adieu!-Rzuciłem odchodząc napięcie w swoją stronę. Mam dość patrzenia na ich trzymanie się za rączki.... Czy w tym miejscu każdy ma kogoś? Rany... Ale wiem jedno. Scott urządził tu pizzerię ze względu na Kari. Jeny.... Ja tam nie widzę problemu By urządzić imprezę bez niej.... Wiem wredny jestem,ale to rodzinne. Rany... jeszcze powiedzcie że tu się klima zepsuła bo jest cholernie gorąco. Albo... wyłączyli oszczędnie na noc. Spodziewają się przecież że nie wyjdziemy po za obręb biura. No... nie dziwię się. Gdybym miał wybrać. Kisić się w cholernie nudnym i żenującym biurze, a byciem zmiażdżonym w jakimś głupim kostiumie przez robota z systemem dovna, bo na miejscu nie może wysiedzieć to ... wolę biuro. Albo walkę jak jest szansa. W tej sekundzie uświadomiłem sobie że dla zetknięcia się ze świeżym powietrzem ryzykuję spotkanie z kolejną parą. Moją drugą siostrą Violet. Tą.... mądrzejszą częścią rodziny jak zowiemy jak i Kari wbrew jej woli. I jej chłopaka Kevina Rodneya. Mam wrażenie że on się bardziej z nią dogaduje niż z innymi. Zazwyczaj strzela intelektualistę, ale w tym jego uśmiechu i zachowaniu, w tych zamaszystych ruchach tkwi jakiś sekret. I nie wiem czemu ubiera przed innymi maskę zwyczajności. No trudno. Jego sprawa. Czy... raczej ich. Przewróciłem oczyma widząc jak pod wpływem idiotycznego wyzwania Mike'a stoi na wysokiej drabinie, na jednej nodze, na... palcach.  Kevin przytrzymuje tylko drabinę asekurując by nie spadła, ale z jego miny wnioskuję że nie wierzy w jej spotkanie z... podłożem. Ten idiota stał w Party Room na boku śmiejąc się do siebie... on wierzy że zdoła wygrać z moją siostrą?! Chyba mu na resztki mózgu padło. Parsknąłem śmiechem. Ten tylko rzucił mi wredne spojrzenie. Oto spojrzenie debila nad debilami. Czy on nie wie że ma siostra robi... wszystko na Hardcora? Najzabawniejsze jest że wymieniała tylko reflektory  przy scenie. Jej fiołkowe włosy przecinały złote pasma.... czy tylko ja z naszej trójki mam całe fioletowe włosy? Heh... głupie pytanie. Najdziwniejsze... że one tak mają naturalnie. Jej długie włosy spięte były w kucyk. Lekko kręciły się opadając na plecy. Przewróciłem oczyma. Taaak. Wygra ten zakład. Nie. Ona już na starcie go rozpierdoliła. Usłyszałem jak Mike mówi jej że nie wygra a ona-jak to ona- perfidnie go dissuje. Norma. Ruszyłem powolnym krokiem do drzwi. Miałem nie jasne wrażenie że koś za nimi stoi....

" Jeśli nie masz co powiedzieć,
to nie otwieraj gęby.
Kłapiesz głupim ryjem 
jakbyś był sam kurwa święty! "

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Fioletowy Żywot ~ Przygotowania

Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć siedziałam przywiązana do krzesła. Dziewczyny biegały wokoło mnie z różnymi rzeczami, których nazwy nie miałabym ochoty wymieniać. * I co... Dalej chcesz się upiększyć na walkę* Nie znosisz makijażu tak jak ja!
~~~~~~~~~~~KILKA MINUT KRZYKU, WYRYWANIA SIĘ ITD. PÓŹNIEJ~~~~~~~~
Dziewczyny zadowolone padły na łóżka. Bałam się spojrzeć w lustro. Ale raczej nie przesadziły. W sumie to tylko mnie uczesały, pomalowały usteczka jasno różową szminką i dały jakieś ciuchy. Nie było tak źle!

Per.Michael


- Serio?! Ty idioto! Było od razu to zakończyć! I już jutro zaczęlibyśmy kolejne zadania!
- Ja w taki sposób nie lubię walczyć! Przynajmniej nacieszy się wolnością.
- A jak przegrasz?
- To będą inne okazje, zawsze możesz wycofać się!
- Jeśli ty jej nie pokonasz... To sam dokończę twoją działkę!
- Tylko spróbuj!
- Chyba jej nie bronisz? Po tym jak przyjąłeś zadanie... Jak ci na niej zależy, chyba nie chcesz by wiedziała o zadaniu?
- Nie... Okay po prostu to zrobię. Ale ja do niej nic nie czuje!
- I niech tak zostanie.

Per. Carmel
W końcu wybiła wyznaczona godzina. Mam ochotę skakać! Za dużo adrenaliny i żelków... Nie często miewam okazję by z kimś powalczyć... Tyle że muszę walczyć z nim... * To coś zmienia ? * C-co ?! Nie! * Tylko wygraj.* Że niby za kogo mnie masz ?! * Emm... Mam cie za ciebie ?. * To w sumie logiczne.
- Zatem idę!
- Wygrasz?
- Jasne! Albo przegram... Będę się bawić!
- Połamania nóg!- Wykrzyknęła radośnie Catty.
- Raczej wolę nic sobie nie złamać... ale dzięki! Bay!




















czwartek, 23 czerwca 2016

"My?! Czy to twoje kolejne słodkie kłamstwo?" ~Zmierzch~




"Dzień, w którym się poznaliśmy,
Dzień, w którym nasze życie 
Zmieniło się na zawsze.
Upłynął czas, a my wciąż tu jesteśmy..."
~Clary~

Ciche jęki wiatru kołysały kocie dachowce w swych wyróżnionych pod względem wytrzymałości tymczasowych mieszkaniach.  Tak. Kocham patrzeć jak te kopnięte w cztery litery od życia istoty kłębiły się na dachach budynków. Wiatr głaskał swą powabną dłonią listki drzew poruszając nimi niczym lalką na sznurkach. Pastelowo błękitne niebo chowało się za kremowymi piankami zwanymi chmurkami. Pomarańczowa łuna zachodzącego słońca oznaczała nadchodzący wieczór. Nadchodzący zmierzch. Zamknęłam swe oczęta przybrane heterochromią. Tak.. ludzie biorą to za zwykłą wadę tęczówek. Dwie barwy. Butelkowa zieleń oraz żytnie złoto. Ach.... Czas. Błoga niemoga... Popełniałam w życiu wiele błędów ale zamknięcie oczu? Czy to zbrodnia? W mym przypadku tak.... Bo gdy me ciężkie jak ołów powieki opadły zaczęła się wizja. I to jedna z tych... boleśniejszych. Mym ciałem wstrząsnął dreszcz. Byłam marionetką w rękach własnej wizji. Dobrze że zmierzch nadchodzi i chroni przed ciekawskim wzrokiem. Bo kto odważy się o tak później porze wyjść? Mą twarzyczkę wykrzywił wyraz bólu. Po policzku spłynęła jedna łza... potem druga i.... odpłynęłam. Wyglądało to zapewne jak zwykłe omdlenie.... na ławce w parku. 
Dzień zbliżał się ku swemu końcowi rozchylając ramiona zmierzchu, który  obejmował wszystko i wszystkich. Nawet... tych którzy chcieli się skryć pod osłoną nocy. Kestrel spojrzała na taflę księżyca myśląc o tym co straciła.... co zostawiła.... Dotknęła swego ogromnego brzucha, widać iż kilka dni dzieli ją od rozwiązania. Las o zmierzchu krył wszystko ale kobieta wiedziała co się za tym cieniem kryło. Zło... dobro... trudno rozróżnić. Wiedziała gdzie musi się udać.... tylko jej matka. Sylvia może ją teraz uchronić przed jej oprawcą, tym który w pościgu za nią był nie ugięty. Powtarzała w kółko jak mantrę....
-Ciemność nie zawsze oznacza zło, a światło nie zawsze skrywa dobro... Po zmierzchu nadchodzi... świt. I nowy dzień....
Wzięłam głęboki haust powietrza prawie  się nim krztusząc się podczas gdy sceneria snu się zmieniała. 
Nie wiem gdzie byłam ale... na pewno był zmierzch. Dźwięki gitary prowadziły mnie przed siebie... Gitara... oraz  strofy piosenki. 
There was a full moon in the sky....
Moje kroki roznosiły się powoli.... zobaczyłam blask z drzwi prowadzących do  głosu i rozświetlonego pomieszczenia. Trzymałam dłoń na ścianie aż nie zderzyła się delikatnie z framugą owych drzwi. 
  We met a brand new robot friend  
Delikatnie wychyliłam się zza framugi. Była to... sala zabaw jak w pizzerii. Były stoły.... krzesła.... transparenty i... scena....
  At first he seemed a little shy
He would not play pretend...  
Która była dziwnie pusta poza.... chłopakiem. Miał czerwoną gitarę i fiołkowe włosy. Zamknięte oczęta pozwalały wędrować  palcom z pamięci po jej gryfie.  Włosy miał spięte w kucyk , a na szyi  czerwoną muszkę pasującą do pastelowo fiołkowej koszuli. Na nią zarzucony był czarny "płaszczyk?!" Na nim przypiętą miał plakietkę z fioletowym króliczkiem. Na spodniach zaś biały fartuch przystosowany dla kelnerów. 
  He sang just fine and played in time
but did not look the part  
Zapomniałam o ważnym szczególe... na jego głowie mieściły się królicze, fioletowe uszy. 
  So we lovingly decided to give him
A brand new start...  
Melodia współgrała z harmonią ciszy panująca w pomieszczeniu. 
Save them....
Co? Chciałam krzyknąć bo wypowiedział to ktoś inny a nie króliczy chłopiec. Inny głos. Jednak... sowa zamarły mi w gardle. 
Save HIM!
Co?Kto? Gdzie?
  NO MATTER WHAT WE SAY OR DO
IT'S NEVER UP TO ME OR YOU
WE SMILE NOW AND SING A CHEER!
THE SHOW MUST GO ON, THE SHOW MUST GO ON
NEVER FEAR...
THE SHOW WILL GO ON
I wtedy otwarł oczy. Były całe czerwone. Patrzył na mnie jak na nową nadzieję... Wzrokiem duszy umęczonej.  The  show must go on.... Wyciągnął w moją stronę rękę..
Clary..... Uratuj nas.... Proszę...

Wtedy właśnie się "obudziłam". Już zmierzchało. Zerknęłam na zegarek w wyświetlaczu telefonu. 22:15?! Ja... tak szybko tam nie dojdę! Uśmiechnęłam się wrednie. To nauczka. Spóźnię się! I jeszcze specjalnie  nie będzie mi się spieszyć... bo kto normalny urządza imprezę urodzinową po północy?! Założyłam do uszu czarne słuchawki i puściłam pierwszy utwór z listy. Gdy usłyszałam melodię zaczęłam razem z autorką wokalistką śpiewać. 
-I wanna be your puppet on a string
Baby I’m not holding back
We can do anything
And even if I’m crazy is cause you make me this way
We’re as close to love as we’ll ever get
I wanna be your marionette, marionette, marionette....-I wtedy kichnęłam. Gdy kicham mój nosek się dziwnie marszczy i wyglądam jak koty które tak lubię...- No nie....- Wzięłam stopa. Czy muszę tam iść? Tak. Nie ma odwrotu? Tak. To mój kuzyn... nie widziałam go od... lat. Spokojnie Clary weź się w garść...Zganiałam siebie stojąc pod budynkiem.... 

"Żeby wszystkich wkurzyć...
Wystarczy być radosnym...!"


wtorek, 21 czerwca 2016

"My? czy to twoje kolejne kłamstwo?"~To.... Ktoś z rodziny przyjdzie?~


"Czy można kochać i nienawidzić tę 
samą osobę?
-Można. Ale szybko gubisz się pomiędzy "wypierdalaj",
a "błagam wróć"."

~Vinc~
Przechadzając się pomiędzy stołami i roześmianymi bachorami w pizzerii rozmawiałem ze swym przyjacielem Scottem Cawthonem. Scott jest osobnikiem o urodzie typowo Angielskiej. Czarne włosy rozpichrzone na wszystkie strony świata tak jakbym chciały odwiedzić Londyn i Japonię równocześnie. Oczy ma w odcieniu butelkowanej zieleni napigmentowanej ciemnymi plamkami. Obecnie jest odziany w mundur strażnika dziennego bo zmieniliśmy się na dzienną zmianę. Mundur składał się z czarnego zamszowego krawata i szarobiałego munduru z kieszeniami i emblematami tej cholernej placówki. 
-Na imprezę przyjdzie ktoś z twoich bliższych znajomych?- Zerknął na mnie zaciekawiony tym tematem. Chyba drążył do czego zmierzam. Zazwyczaj przypomina dość rozweseloną osobę z tym swoim wariackim uśmiechem i oczami kota (co widać szczególnie jak kicha bo marszczy nos jak kot). Dziś jest jednak zamyślony. -Rodzina?- Zmarkotniał. Trudny temat czy po prostu nie chce mówić?
-Kuzynostwo... może przyjdzie.-Oznajmił zastanawiając się nad każdym słowem jakby bał się powiedzieć za dużo. 
-Tylko tyle masz rodziny?-Zapytałem by upewnić się czy Scott skłamie.
-Tak.- Skłamał. Jego górna warga drgała w lekkim prawie nie widocznym tiku nerwowym oznaczającym że Cawthona próbuje mnie oszukać. Jeśli chodzi o trudną sytuację rodzinną doskonale to rozumiem, ale jeśli mój najlepszy przyjaciel nie chce o tym mówić to nie. 
-Została mi jedna osoba Vincent. Nie wszyscy są trojaczkami.-Nie rozumiem do czego pił. To że jestem jednym  z trojaczków nie znaczy nic nie zwykłego... Ba! Użeranie się z dwiema siostrami o bliźnaczopodobnym charakterze to katorga!
-Gdybym nie miał dwóch sióstr, z jedną z nich byś nie chodził...-Jego policzki spąsowiały.
-Vincent... Daruj sobie.- Moje usta rozszerzyły się w charakterystycznym złośliwym uśmiechu. 
-A  dlaczego?- Zapytałem co on zignorował. Choć... ma trochę racji. Siostry... Violet i Karina czy... może raczej Victoria i Vatress, ale obie postanowiły zmienić sobie imiona. Kari jeszcze zrozumiem bo co to za imię "Vatress", ale Viol? Nie wiem co ma do imienia Victoria. No cóż.... Kari sobie imię wymyśliła a Viol zamieniła pierwsze i drugie miejscami. Jednak to nie to powinno mnie dołować. Przecież....Te dwie siostry to jedyne bardzo bliskie memu sercu istotki. Tylko je darzę jakimś braterskim uczuciem. To wręcz irytujące jak z oddali widać że potrzebna mi dziewczyna. A mój specyficzny charakter mi w tym nie pomaga. 
-To kto?-Wyrzuciłem z siebie naprędce wytrzymując jego harde spojrzenie odpowiadając swym uśmiechem głupa. Skonfundowany bazaltowo włosy patrzył na mnie zaskoczony.
-No mówię że kuzynostwo...
-Dużo mi to kurna mówi!-Wybuchnąłem. Chłopak nie wyglądał na zaskoczonego tą reakcją. 
-Przecież ją dziś poznasz...
-Ją?-Złapałem go za słówko, przygryzł wargę.
-Tak. Ją.
-Poznam... ale wątpię bym polubił.-Warknąłem.-A nawet jeśli to nie wiem czy ona będzie za mną przepadać.- Istoty płci przeciwnej nie były fankami mego charakteru, pomimo iż interesował je mój wygląd. Specyficzny charakter wyrobiony przez ciężkie dzieciństwo naprawdę nie pomaga... Westchnął.
-Dobra...- Zamilkłem. Lepiej się nie wykłócać. Wieczór pokaże....
"Mądry człowiek nie opłakuje przegranej,
lecz szuka sposobu, jak wyleczyć odniesione rany"
~Szekspir

czwartek, 16 czerwca 2016

"My? Czy to twoje kolejne słodkie kłamstwo? ~Początki zawsze są trudne...~



 "-Czego nie rozumiesz w słowach: 
Nie, nie idę za tobą?
-Oznajmiła ze stoickim spokojem. 
Po czym odwróciła się od niego 
Idąc z powrotem w stronę świata żywych..."

~Clary~
Jasne przejrzysta łuna światła, cudownie słodka Jutrzenka wyrwała mą personę z baśniowej, wiecznej, sennej mary rodem ze śpiącej królewny. Łagodny sen oddalił się wraz z magnetycznymi objęciami Morfeusza pogrążając mnie w nudnej, szarej i codziennej rzeczywistości.  Jedyne co mi pozostało to z gracją słonia w składzie porcelany stoczyć się na twardą nawierzchnię podłogi z miękkiego gniazdka utkanego przez sen, a mojego niezawodnego łoża. 
-Damnant !-Syknęłam w odpowiedzi powoli podnosząc się na równe nogi. Otrzepałam swą perłową piżamę z wyimaginowanego pyłu zwanego kurzem. Karmelowe loki zsunęłam w tył by nie przeszkadzały jej w codziennych czynnościach i zawadzały na widnokręgu. Jak ja nie lubię takich gwałtownych pobudek! Nie. Inaczej to ujmę. Nie lubię wakacji od swej wielce pasjonującej pracy bo stają się ogromnie flegmatyczna. Swą delikatną dłonią wymacałam komórkę.  Jasny jak błyskawica wyświetlacz prawie nie dawał znać o swoim istnieniu na moich oczętach.  Od razu w mym umyśle odcisnęła się godzina. Była bowiem 6:30. Świetnie. Zdążę się w porę ogarnąć by wyjść na miasto, załatwić kilka sprawi i.... mieć choć drobinkę czasu dla siebie. Drugą istotą która mnie ubodłą w serce. Dziś jest 14 sierpnia. Dziś są urodziny mojego kuzyna Scotta. Na myśl o tym że idę na jego urodziny nie widząc go od sześciu lat... O tym że będzie tam mnóstwo ludzi których nie znam.... O tak. Mój kuzyn bywa też dość nieelokwentny. 
-Na którą te urodziny...-Zapytałam samą  siebie sprawdzając godzinę w "notatkach". -Ugh... O północy?- O rany... co on znów wymyślił? Nie dość że zaprosił mnie tak... naprędce to jeszcze to. Nie. To nie zepsuje mi humoru. Powolnym krokiem ruszyłam do toalety. Przygotowałam coś na kształt aromatycznej kąpieli. Na swym ukochanym telefonie puściłam dla dodatkowego uspokojenia swego ducha. Usłyszałam cichą melodię elektrycznych skrzypiec Vanessy Mae w utworze Contradanza.

Karmelowe włosy powoli opadły na twardą w swej istocie taflę wody, a reszta mego ciała powoli zanurzyła się pod jej taflą. Malinowe ustka westchnęły w rozkoszy chwili. A zapach dość efektownych olejków drażnił na pozytywny sposób me nozdrza. Kąpiel zakończyła się po jakiejś godzinie. Pozwoliłam swym mokrym jeszcze lokom opaść na plecy i delikatnie nasączyć tą cieczą bluzkę. Przecież i tak ją zaraz przebiorę. Krótkie jeansowe spodenki z wydartymi dziurami okalały me biodra. Na swój korpus nałożyłam bluzkę na ramiączkach. O barwie złota i zieleni co na me perfidne szczęście kontrastowało z mymi oczyma. Mokre włosy spięłam w warkocz. Chwila koncentracji, chwyt za najpotrzebniejsze rzeczy w tym słuchawki i portfel. Po cało kształtnym ogarnięciu zarówno siebie jak i swej koafiury wyszłam na miasto odebrać prezent dla jednej z dwójki osób z mojej rodziny które mi pozostały. Miałam przeczucie że  to dopiero początek mojej nowej historii z kuzynem. Westchnęłam zamykając drzwi do mieszkania.
-Początki są zawsze trudne....-Zatrzasnęła i prze kluczyła drzwi po czym wyszła....

Fioletowy żywot~ Tylko 2 opcje ?

Per. Carmel
Minęły dwa dni. Dwa dni rozmyślania co dalej. Rzuciłam książkę ,, Dom Nocy" w ciemny kąt.
I co ja mam o tym skurwielu myśleć ? Nienawidzić czy... Dobra zostanę przy pierwszej opcji!
No to ten... Może... Jak się go zaraz nie pozbędę to mnie rozsadzi! Ale... * Ekhem! * Co chcesz?
* Rozczulaj się ciszej ! Ja tu myślę jak wykorzystać fakt że codziennie o 23:00, Michael i jego paczka chodzą podręczyć pierwsze klasy! * Ej... To nie taki zły plan! * Co jaki plan?! *  Będziemy ich śledzić! Znaczy ja będę ich śledzić! * A potem rzucisz rękawicę Michaelowi? * No... Tak ! * Zaryzykujesz życie... I zamiast zakończyć tego od razu... Dasz mu czas... I cie zajebie? * Prawie! Bo walka nie będzie na śmierć i życie! No chyba że przegram! To tam on zadecyduje, ale jestem dobrej myśli! * (facepalm) *.  Do pokoju wparował z hukiem Jake. Wyglądał jakby widział ducha.
- Dobra żyjesz!- Wykrzyknął uradowany.
- A co już mój pogrzeb planują?
- Carmel! Catty mi wszystko opowiedziała!
- Wszystko czyli...?
- O  twoim wspaniałym chłopaku.- Posmutniał.
- I? Nie wiedziałam że jesteś zazdrosny!
- Carmel!
- No dobra... Tak to prawda...I?
- Mam nadzieję że się z nim pożegnałaś! Bo  za to co ci zrobił już po nim!
- Dobry żart.
- Masz argumenty które mogą mnie powstrzymać?
- Kim bym była- Popchnęłam go na beżową pufę.-gdybym nie miała!- Przerwa na wymianę powietrza w płucach.- (A) To WAMPIR, (B) jest ich - Liczę.- czterech, (C) to WAMPIRY i  (D) ty jesteś tylko człowiekiem!
- Coś jeszcze?
- A tak ! - Dramatyczna przerwa!- To ja chce go zajebać.
Wybiła 23:00. Wybiegłam z pokoju. Przeskakując na schodach zobaczyłam jak głupi blondyn mnie goni. Jak przewidywałam byli na tyłach szkoły. Przez gęstą mgłę nie było widać nocnego nieba. Dobra... Grałam w Slendera... Mam doświadczenie jeśli chodzi o takie warunki! Jednak przez mgłę można było dostrzec błyszczące błękitne ślepia Jake. Jak i także jego twarz. Wyglądał na wystraszonego. Podniosłam nóż z zimnej ziemi. Nie wcale nie rozrzuciłam kolekcji noży po całej szkole. Wcale!

"Szybciej oni cię gonią! Nie dasz rady im uciec! Dziewczyno uciekaj!" Były to ostatnie słowa jakie udało mi się usłyszeć zanim zaczęłam pościg za wrogami. W prawej  ręce ściskałam nóż. Zza mgły powoli pojawiały się twarze 4 osób. Zacisnęłam zęby i zaczęłam biec szybciej. Jeden z nich wyszedł na przód i rozszerzył psychopatyczny uśmiech. Świecące oczy wpatrywały się na mnie z kpiną. Przestałam biec. Staliśmy pół metra od siebie.
Czekałam na jego pierwszy ruch. Chyba miał taki plan jak ja. Powoli zaczęłam się niepokoić. Dziwna strategia jak na niego. Zaraz gdzie pozostała dwójka?! Odwróciłam się lecz nikogo nie było. Odskoczyłam na bok i cudem uniknęłam ciosu z miecza od chłopaka.
- Proszę, proszę... Jak zawsze równie przewidywalna.
Zaraz wróć! Przewidywalna?! Odwróciłam się przecinając nożem gardło jednego z nich.
- A jednak się zmieniłaś.
Podeszłam bliżej niego i spojrzałam mu w oczy.
- Już nie jesteś taka odważna? Już za późno byś do nas dołączyła. No chyba że-Przeniosłam wzrok na ziemię.- poświęcisz swoją krew. Mina ci zbladła? Przecież nie raz to robiliśmy.
Chłopak chwycił mnie za prawą rękę i pociągnął ku górze. Po czym odebrał mi broń.
- Czemu ty to robisz ?!- Krzyknęłam z powrotem wgapiając się w jego oczy.
- Księżniczko nie muszisz się martwić , niedługo będzie po sprawie.
-  Zabierz swoją szpetną gębę ode mnie !
- Tak ja też cię kocham...
Zaczęłam się szarpać, lecz on był silniejszy.
- Czego chcesz?
- Myślałem że to ustaliliśmy... Twojej krwi.
- To czemu po prostu jej nie weźmiesz?
- Bo ty będziesz chciała mi ją dać...
- A bo ty na pewno będziesz czekał na pozwolenia, przecież cię znam.
- Kochana wampireczka.
- Ja ci dam *kurwa puszczaj mnie !*
- No i na ciebie czekałem...
- * Co na mnie ?*
- Morze z tobą się lepiej dogadam...
- * Marzyciel! *
- W takim razie ujmę to inaczej. Idziesz ze mną, albo zginie ten śmiertelnik.- Dwójka pozostałych przyniosła ciało blondyna w zielonym swetrze.
- Jake!- Odepchnęłam chłopaka i podbiegłam do Jake.- Jake proszę powiedz coś! Cokolwiek!
-  Jakie to przesłodzone...
- Co mu zrobiłeś!
- Ja nic. Tylko ty.
- Zaraz...
- Nie pamiętasz kogo zostawiłaś w tyle?
- O kurwa co ja zrobiłam!
- To co powinnaś. Jeśli nie chcesz żeby moi przyjaciele potraktowali go jako zabawkę, pójdziesz grzecznie ze mną.
- A jeśli nie...To on ginie, a ja?
- No wiesz w jednym z przypadków ciebie czeka to samo.
- Spadaj panie poważny. Nie wiedziałam że pójdziesz na łatwiznę...
- Jak to?
- Zero zabawy... Tylko 2 opcje ?  I potem koniec ? Daj się pobawić!
- Chyba oszalałaś, ale zgoda. Spotkamy się jutro o pół nocy, masz być sama.
-  Ok... A ty będziesz sam?
- Dla ciebie kochanie wszystko.
*Pozwól mi mu przyjebać!* Nope, niech pożyje.  I od kiedy ty gadasz na głos ?!  * Jam? Od wczoraj!*. Zjechałam po poręczy przy schodach na któreś tam piętro. Ideolos ! Trafiłam na piętro z moim pokojem. Podbiegłam do drzwi i wparowałam do pokoju. Chcąc usiąść na swoim łóżku upadłam na ziemię.
- Gdzie moje łóżko?!
- Catty się uparła by przemalować ściany.
- Czyli se nie odpocznę.
- Tak wg. To gdzie byłaś?
- Ja?  Umówiłam się z kimś.
- Z kim?!- Krzyknęła błękitno włosa, a Catty spadła w tyle z drabiny.
- Z Michaelem...- Catty wskazała z wielkim uśmiechem przez okno tył szkoły.
- Że co ?!
- No tak sobie gadaliśmy i postanowiliśmy zrobić se spotkanie towarzyskie...
- Czyli chciałaś coś zrobić w sprawie tego co ci zrobił. On cię pokonał, i wymyśliłaś gatkę by dać sobie 2 szansę?
- Catty czasami się ciebie boję...- Oznajmiła Blue.
- Czo teraz według was powinnam zrobić?
- Widzę że nastawienie ci się zmieniło... Po pierwsze, nie będziesz w kiecce walczyła!
- No przecież nie w piżamie, co nie?
- Spokojnie... Zajmę się twoim strojem, a Catty włosami. A w walkę się nie będziemy mieszać, tak jak od początku chciałaś.
- Arigato!
* I po co ci to ? * Emm. Bo kiedy wygram będzie co opowiadać! Wiesz jak w anime! Zawsze mają epickie kiecki....